Gdzie są ci wszyscy śpiewający Włosi?
Włochy są jednym z tych krajów, o których jeszcze przed pierwszą podróżą mamy całkiem konkretne wyobrażenie: wąskie uliczki pełne ludzi, niewielkie restauracje ze stolikami wystawionymi na zewnątrz, muzyka, skutery i głośne rozmowy. Do tego Włosi, którzy dużo gestykulują, śmieją się, śpiewają i do późnego wieczora spędzają czas poza domem. Taki obraz regularnie pojawia się w filmach, reklamach, a przede wszystkim w mediach społecznościowych. Kiedy latem poleciałam do Brindisi na południu Włoch, mniej więcej tego się spodziewałam.
Medialne wyobrażenia kontra rzeczywistość
Już pierwsze wieczory dość szybko zweryfikowały moje wyobrażenia. Brindisi po zmroku było zaskakująco spokojne. Wiele miejsc było zamkniętych, na ulicach nie było zbyt wielu ludzi, a znalezienie otwartego sklepu czy lokalu nie zawsze było takie proste. Zamiast miasta, które wraz z zachodem słońca zaczyna żyć, zobaczyłam miasto, które powoli pustoszało. Gdzie więc byli ci wszyscy śpiewający Włosi, których wcześniej tyle razy widziałam w Internecie?
Oczywiście szybko okazało się, że problem nie leży we Włoszech, tylko w moim wyobrażeniu o tym kraju. W mediach społecznościowych oglądamy przecież przede wszystkim to, co najbardziej efektowne. Zatłoczony plac, wspólne śpiewanie w restauracji czy gwarna uliczka są znacznie ciekawszym materiałem na rolkę na Instagramie czy post na Facebooka, niż pusty chodnik i zamknięty sklep. Kiedy oglądamy takie nagrania w sieci, łatwo zapominamy, że pokazują one tylko ułamek rzeczywistości, a życie w tych miejscach wygląda zupełnie inaczej.
Brindisi nie było jedynym miejscem, które odwiedziłam w Apulii. Miasteczka, takie jak Monopoli, Lecce czy Polignano a Mare miały już zupełnie inną atmosferę. Częściej pojawiały się zatłoczone uliczki, restauracje pełne ludzi i gwar, ale też nie w takim stopniu, jak Włochy, które widziałam wcześniej na TikToku – chociażby na popularnych nagraniach z Bari, na których właściciel jednej z restauracji śpiewa razem z gośćmi. Kilkadziesiąt kilometrów wystarczyło więc, żeby zobaczyć zupełnie inną stronę tego samego regionu.
Mniej włoskie realia?
Podróż do Brindisi przypomniała mi przede wszystkim, jak łatwo pojechać w nowe miejsce z gotowym obrazem w głowie. Jeszcze zanim wysiądziemy z samolotu, często wiemy już, co chcemy zobaczyć i jak powinno wyglądać nasze doświadczenie. Problem zaczyna się wtedy, gdy zamiast poznawać miejsce takim, jakie jest, zaczynamy szukać tego, co wcześniej zobaczyliśmy na ekranie.
Brindisi nie przypominało Włoch, które znałam z mediów społecznościowych. Nie oznacza to jednak, że było przez to mniej włoskie, po prostu okazało się znacznie bardziej zwyczajne, niż się spodziewałam. Może właśnie dlatego warto czasem zobaczyć dane miejsce na własne oczy, zamiast poznawać je wyłącznie przez ekran telefonu.
Autorka: Sandra Kozłowska